Filter bubble. Kilka słów o tym, że dzięki personalizacji internetu wiemy coraz mniej

Współczesny internet nie przypomina tego sprzed dekady. Obecnie “surfowanie” polega przede wszystkim na nawigowaniu wśród kilku strumieni informacyjnych. Każdy użytkownik doświadcza sieci głównie poprzez spersonalizowane strumienie informacyjne, wśród których Google  ze swoim ekosystemem usług oraz wyszukiwarką pełni rolę pewnej super-wszechobecności. Równie istotnymi graczami, wpływającymi na atomizację internetu są serwisy społecznościowe – zwłaszcza Facebook.

Jeśli zastanawialiście się, dlaczego wyświetlają się wam zupełnie inne reklamy niż waszym znajomym, a wyniki wyszukiwania odpowiadające na zapytanie są uwarunkowane np. typem urządzenia, z którego w danym momencie korzystacie, oto odpowiedź: żyjemy w epoce filter bubble (bańki informacyjnej). Bitsy Boys śpiewają na YouTube o internetach i mają rację. Nie ma już internetu, są internety. Każdy ma swój.

Eli Parisier w książce The Filter Bubble: What The Internet is Hiding from You pisze, że Google stosuje 57 typów sygnałów, które mają doprowadzić do opracowania rezultatów wyszukiwania wyświetlanych w oknie przeglądarki. Mowa tu np. o danych lokalizacyjnych, typie przeglądarki, historii wcześniejszych wyszukiwań. Nawet jeśli nie jesteśmy zalogowani do żadnej z usług tej firmy, nasza aktywność w sieci jest starannie monitorowana i rejestrowana, co pozwala na tworzenie indywidualnego profilu osobowościowego każdego z nas. Pamiętajmy, że większość reklam wyświetlających się na odwiedzanych stronach, jest dostarczana przez Google AdWords – system reklamowy tej korporacji.

Facebook wykorzystuje podobne mechanizmy znacznie skuteczniej. Profile osobowościowe są warunkiem istnienia serwisów społecznościowych. Założenie konta polega właśnie na samodzielnym utworzeniu takiego profilu, a każde polubienie, udostępnienie czy dodany znajomy czyni go bardziej kompletnym. Usługi takie jak Gmail czy Facebook nie są darmowe. Walutą, którą płacimy za korzystanie z nich, są informacje zarówno o nas, jak i o wszystkich wchodzących z nami w interakcję (wiadomości, maile, tagowanie, zameldowania etc.). Stopień wzajemnego powiązania i zaawansowania śledzących nas algorytmów świetnie pokazuje przykład: w styczniu przebywałem kilka dni w Izraelu i wielokrotnie korzystałem tam z internetu. Od tego czasu Facebook uporczywie pokazuje mi reklamy najbliższych lokali z kuchnią żydowską.

We wpisie dotyczącym konferencji Wymiary Wiedzy, pisałem o problemach związanych z generowaniem ogromnych ilości informacji będących wynikiem naszej cyfrowej aktywności. Mogłoby się wydawać, że w tej perspektywie personalizacja treści jest zjawiskiem pozytywnym: otrzymujemy reklamy, które mogą nas interesować, widzimy statusy osób, z którymi naprawdę coś nas łączy, w wynikach wyszukiwania znajdujemy dokładnie to, co nas interesuje. Warto jednak bliżej przyjrzeć się warunkom i konsekwencjom istnienia filter bubble.

Eli Parisier wymienia trzy cechy filter bubble, które nie pozwalają w sposób jednoznacznie  pozytywny ocenić skutków działania algorytmów profilujących naszą aktywność w sieci.

W bańce informacyjnej znajdujemy się zupełnie sami. Istnieją tysiące osób o podobnych zainteresowaniach, jednakże żadna z nich nie otrzymuje dokładnie takiego samego zestawu informacji (wyników wyszukiwania, polecanych artykułów, aktualności w serwisach społecznościowych). Wpływają na to chociażby różnice w historii aktywności każdego użytkownika, nie można więc opracować dwóch identycznych profili. Trudno o dyskusję, wymianę poglądów i wiedzy, jeśli nie możemy odnieść się do obiektywnie istniejącego i powszechnie znanego zbioru informacji.

Bańka jest transparentna. Możemy nawet nie zauważyć jej istnienia. Znajdujemy zwykle to, czego szukamy, poznajemy opinie takich osób, z którymi w zasadzie się zgadzamy. Niektóre z reklam okazują się przydatne.

Wkroczenie do bańki informacyjnej nie jest naszą świadomą decyzją. Gdy decydujemy się na czytanie prasy, oglądanie programu telewizyjnego sympatyzującego z konkretną opcję polityczną czy światopoglądęm – to nasza świadoma decyzja. W każdej chwili możemy sięgnąć do innych mediów i poznać alternatywną perspektywę. Brak informacji na temat wydarzeń na Placu Tienanmen w chińskim internecie jest najbardziej znanym przykładem wpływu filtrowania sieci na świadomość polityczną obywateli. Jeśli czegoś nie ma w Google, to nie istnieje, prawda?

Kreatywność oraz innowacyjność są wynikiem połączenia tego, co wiemy, z nowymi informacjami stymulującymi nasz rozwój. Ograniczając się do przyswajania treści pochodzących z “pierwszej strony wyszukiwania” – artykułów, książek, blogów, które jedynie ugruntowują nasz punkt widzenia – zamykamy się w bańce informacyjnej. Automatycznie zawęża się nasz horyzont rozwiązań – przestrzeń umysłowa, w ramach której szukamy odpowiedzi.

Zaufanie w obiektywność wyszukiwarek i nieznajomość działania algorytmów wyszukujących, prowadzi do obrania bardziej pasywnego podejścia do procesu wyszukiwania informacji – rzadko kiedy zaglądamy poza trzecią stronę wyników wyszukiwań. Możliwości manipulacji oraz związane z nimi konsekwencje polityczne i społeczne istnienia filter bubble są obecnie trudne do przewidzenia.

Warto także zwrócić uwagę na to, że dużo częściej klikamy, udostępniamy coś, co jest zabawne, sensacyjne – różnica między  “interesujące” a “ważne”, zaczyna się rozmywać.

Internet miał być egalitarną przestrzenią wymiany informacji, która umożliwiała zachowanie wysokiego stopnia anonimowości. W obecnym kształcie w znacznym stopniu odbiega on od wizji jego projektantów.

 Eli Parisier opowiada o zjawisku filter bubble na konferencji TED

Począwszy od dziś, każdego dnia będę zamieszczał na fanpejdżu bloga wybrany cytat z książki Parisiera. Akcja potrwa tydzień.

Zdjęcie z kafelka pochodzi ze strony: http://dontbubble.us

Udostępnij!Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+

Również może Ci się spodobać...

1 Odpowiedź

  1. Porównałbym to do Wierzy Babel, próby doścignienia Stwórcy/Stwórców/Kreatorów czy tego/tych, którzy nas tu, do Otchłani, wtrącili. Loty w przestrzeń wewnętrzną Otchłani/Ziemi wewnętrznej zapewne udowodniły, że w „niebie” Boga nie ma więc szukają go w naszych i swoich głowach głowach, ONI to MY wszyscy tylko bardziej świadomi, zarozumiali i zapewne pyszni. Może to oburzać, irytować, buntować jednak sądzę iż można nie żałować im tej „wiedzy”. My na dole również bez winy nie jesteśmy, chcieliśmy wszystko DARMO no to mamy „darmo”.
    Buntujcie się, prawo młodości, ale opór nie ma sensu, prawo zachowania energii! (:

Dodaj komentarz